W życiu każdego człowieka pojawia się taki moment, że bardzo dogłębnie analizuje swoje dotychczasowe działania, ruchy, osiągnięcia, porażki, związki, sukcesy, wszystkie lata, które minęły. Fajne są takie nostalgiczne przemyślenia dopóki na sprawy patrzymy z dystansem, bez żałowania, rozpaczania, marudzenia, bez paczki chusteczek wysmarkanych w kącie łazienki czy tuszu spływającego po policzkach (muszę pamiętać o wodoodpornym!). To co było minęło. Jesteśmy dzięki temu mądrzejsi, mamy swój bagaż doświadczeń, którym możemy się dzielić z najbliższymi osobami, przyjaciółmi czy dziećmi (przyszłymi dziećmi, które będą nas wysłuchiwać z przewracającymi oczami i nadąsaną miną: „weź ić!”). Jednak taki wniosek nie każdemu przychodzi z łatwością, która powinna być naturalna. Zazwyczaj jest naturalna.  Naturalna u osób zdrowych psychicznie:)

 

Mogę pisać o sobie, ale jestem przekonana, że wielu z Was znajdzie tutaj cząstkę siebie. Miałam mnóstwo planów i niestety zdecydowanie dużo mniej zacięcia i ambicji, by się ich trzymać i je realizować z pasją charakterystyczną dla osoby wchodzącej w dorosłe życie. Plany ambitne, pasjonujące mnie nowe idee. Takie jak to się dzisiaj mówi: Och i Ach! Pomysły pojawiały się spontanicznie, także spontanicznie umykały mojej uwadze w meandrach szarego życia. Bo nagle okazywało się, że mam zdecydowanie mniej czasu niż przypuszczałam. Bo nagle spostrzegłam, że dzień jest zdecydowanie za krótki niż piętrzące się problemy czy obowiązki. Praca coraz mniej zaskakiwała i wykańczała powoli moją  zdolność logicznego myślenia i kreatywnego postrzegania życia w czasie wolnym od obowiązków zawodowych. Po 8 godzinach umysłowego spinania, liczenia, wymyślenia, miałam ochotę wyciągnąć wtyczkę. Odłączyć się od systemu. Zamknąć się w domu. Wkleić się w kanapę. Zjeść czekoladę. Wkręcić się w kolejny serial i oglądać odcinek za odcinkiem. Napić się wina. Zapalić. Uciec. Przytulić się do najbliższej osoby i z nią spędzać chwile wolne od pracy, obowiązków, zobowiązań wobec przyjaciół czy rodziny. Dla perfekcjonistki oznaczało to ciągłe wyrzuty sumienia. Dlaczego leniuchuję jak mogłabym skończyć to co zaczęłam? Dlaczego nie robię nic konstruktywnego? Dlaczego nie poszłam na pilates? Dlaczego? Dlaczego? WTF??? Ambicja i perfekcjonizm zabijały moją radość życia, potrzebę odpoczynku i regeneracji. W sumie robią to do dziś (ale dziś jestem tego świadoma i walczę z tym). Są to mobilizujące cechy, ale  nadmierny perfekcjonizm w psychologii nazywany jest dewiacją (!!!), która może uniemożliwiać normalne funkcjonowanie. W moim przypadku robiły/robią więcej złego niż dobrego.

 

Chciałabym się nauczyć przeżywać każdy dzień. Poczuć go i zapamiętać. Nie marzyć o tym, by się szybko zakończył, bo był za długi, za intensywny, zbyt problemowy, bo chcę się zakopać w pościeli i szybko zasnąć. Nie wydarzy się drugi raz i chciałabym o tym pamiętać. Każda mijająca chwila jest coraz szybsza. Całe nasze życie przyspiesza, jakbyśmy z czasem wsiadali do lepszych pociągów. Już mam wrażenie, że jadę Pendolino:). Tym szybsza im bardziej pozytywna, szczęśliwa, spędzona w towarzystwie ukochanych osób, najbliższych przyjaciół, którzy dają siłę, uśmiech. Takie chwile są idealne. Tak idealne, że często się zastanawiam czy to się naprawdę wydarzyło? To jest największa wartość w naszym życiu. Ludzie. Czasem wkurzają. Czasem rozczulają. Czasem po prostu są. Szanujmy ich.

Dziś jest mój osobisty dzień. Każdy mi mówi, że niepotrzebnie się przejmuję, analizuję, nic się nie zmieni, nie ma żadnej magicznej granicy wieku. Dla mnie to jednak ważne, bo być może jestem wrażliwsza niż przypuszczałam? Być może potrzebuję jakiegoś podsumowania? Być może potrzebuję zmiany nawyków (ha! nie tylko żywieniowych)? Być może potrzebuję nowego projektu? Być może muszę sobie uświadomić, że niczego nie potrzebuję, bo mam całkiem fajne życie? Porządkuję myśli od kilku miesięcy i jestem chyba na dobrej drodze, by przejść przez moją wyimaginowaną granicę szczęśliwa. Chciałabym by nie przeszkadzał mi upływający czas, bo spędzam go z ludźmi, którzy są warci błyskawicznego przeżycia życia. Chciałabym mieć zawsze takich ludzi wokół siebie. Niektórzy są bliżej, niektórzy dalej, ale jesteśmy połączeni cały czas – mamy dużo lepsze połączenie niż jakiekolwiek łącze internetowe:) Chciałabym bez pośpiechu, powoli, bez spinki realizować swoje marzenia. Chciałabym, by utrwaliły się zmiany wprowadzone w moim życiu i bym miała więcej odwagi przyjmować kolejne, nadchodzące. Chciałabym tę całą resztę pomiędzy szczęśliwymi chwilami przyjmować z uśmiechem i otwartą głową. Chciałoby się napisać: mieć częściej wyj****e! na rzeczy nieistotnie oczywiście:)
Chciałabym rozpocząć nowy projekt: „Szczęście”, w którym głównym celem będzie bycie przede wszystkim szczęśliwą osobą, cieszącą się sobą i swoim życiem. Z optymizmem patrzącą w przyszłością, pozbawioną wszelkich lęków, uśmiechniętą, idącą do przodu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chciałabym jeszcze:

  • schudnąć 10 kg (no dobra, zostało jeszcze 7:))
  • napisać książkę
  • zrobić tatuaż
  • nauczyć się płynnie rosyjskiego
  • pojechać na Woodstock
  • nie tuczących słodyczy
  • zdrowych papierosów
  • słonecznego klimatu
  • przestać słyszeć o Trynkiewiczu!
  • powrotu Radia Roxy!
Tego mi życzcie.